To także mój Cohen
Andrzej Pfeiffer

   W 1987 roku Wydawnictwo "Kalambur" zamówiło u Macieja Zembatego książkę "Mój Cohen". W ten sposób powstał zbiór przekładów i osobistych refleksji autora dotyczących twórczości Leonarda Cohena. Z pewnością nakład tej książki nie był duży, bo pomimo wielu starań nie udało mi się jej zdobyć. Dlatego ucieszyłem się, gdy piętnaście lat później Agencja Artystyczna MTJ namówiła autora do napisania drugiego tomu i w 2002 roku wydała oba tomy razem. Przeczytanie tej książki skłoniło mnie do napisania tego tekstu. Rzecz dotyczy moich "spotkań" z Cohenem. Początkowo swoje refleksje chciałem zatytułować - "Mój Cohen". Skoro jednak Maciej Zembaty uprzedził mnie, to nie pozostało mi nic innego, jak tylko zmodyfikować co nieco ten tytuł.

   Często pisze się o specyficznym kręgu wielbicieli Leonarda Cohena. Zastanawiałem się na czym ta specyfika miałaby polegać i doszedłem do wniosku, że ten krąg stanowią osoby w bardzo różnym wieku, traktujące twórczość kanadyjskiego poety wyjątkowo osobiście i akceptujące wszystko, co Cohen robi, niezależnie od różnego rodzaju zwrotów w jego twórczości. Osoby z tego kręgu charakteryzuje przede wszystkim wierność temu poecie. Wiem o czym piszę, bo sam zaliczam się do tej grupy.

   Był rok 1975. Właśnie robiłem śniadanie, kiedy w radiu usłyszałem nieznanego mi wcześniej pieśniarza o ciepłym głosie, interpretującego wykonywany utwór w sposób przyciągający uwagę i zmuszający do wysłuchania. Niestety, to był tylko fragment. Na szczęście prowadzący audycję Maciej Zembaty poinformował słuchaczy, że śpiewał Leonard Cohen. Wtedy nie wiedziałem, że usłyszałem fragment jednej z najsłynniejszych piosenek - "Bird On The Wire". Zacząłem wypytywać znajomych, czy coś wiedzą o tym wykonawcy - bezskutecznie. Szukanie nagrań w sklepach muzycznych nie miało sensu, bo ... sklepów muzycznych wtedy nie było. Płyty sprzedawano w księgarniach a wybór ograniczał się do wykonawców polskich, rosyjskich, czeskich i węgierskich.

   Nieco później zobaczyłem w telewizji film Rainera Fassbindera " Angst vor der Angst", w którym wykorzystano piosenki: "Lover, Lover, Lover" i "Why Don't You Try". I dalej nic. Dopiero w 1975 roku trafiłem na zamieszczony w RADARZE artykuł Macieja Karpińskiego "Ladies and Gentlemen, ...Mr. Leonard Cohen". To właśnie z tego tekstu dowiedziałem się, że Cohen to nie tylko pieśniarz ale także, a może przede wszystkim, poeta. Od tej chwili kupowałem wszystkie, kolejne numery RADARU i o dziwo znajdowałem tam od czasu do czasu nie tylko artykuły poświęcone twórczości Cohena, ale także tłumaczenia tekstów piosenek i wierszy. I tak zaczęło się moje zbieranie wszystkiego, co dotyczyło życia i twórczości autora "Famous Blue Raincoat".

   W 1977 roku po raz pierwszy wyjechałem za granicę. W malutkim szwedzkim mieście Lund zwiedziłem wszystkie sklepy z płytami - były płyty Cohena i był mój wyjątkowo skromny portfel. Kupiłem "The Best Of Leonard Cohen". Jeden z moich polskich, hotelowych współmieszkańców kupił dobrej klasy gramofon (wtedy nie było jeszcze płyt i odtwarzaczy CD) i mogliśmy wspólnie słuchać najpiękniejszych ballad Leonarda Cohena. Właściciel gramofonu przegrał płytę na kasetę magnetofonową, a następnie zwrócił mi pieniądze i ... zabrał płytę. Natychmiast udałem się na zakupy i za część odzyskanych w ten sposób koron w sklepie z używanymi płytami kupiłem (w doskonałym stanie) "The Skin For The Old Ceremony". Przy okazji wpadłem do "normalnego" sklepu i głośno skrytykowałem fakt, ze na półce z przecenionymi płytami nie ma żadnej płyty Cohena. Sprzedawca cierpliwie wysłuchał i powiedział: "Wpadnij jutro". Tak się też stało i następnego dnia czekała na mnie (za śmiesznie niską cenę) płyta "Death Of A Ladies' Man". Jakie było moje zaskoczenie po jej wysłuchaniu, to trudno opisać. Jak to, subtelny, kameralny Cohen a tu "ściana dźwięku". Po pewnym czasie polubiłem jednak tę płytę i dziś uważam, że jest to bardzo ciekawa i oryginalna pozycja w dorobku płytowym kanadyjskiego artysty.

Minęły od tego czasu dwa lata. - właśnie wrócił ze Szwecji mój przyjaciel i przywiózł mi "Songs From A Room".

   Przyszły lata osiemdziesiąte i ... stan wojenny. Straciłem pracę i możliwość wykonywania swojego zawodu. Jednak trzeba z czegoś żyć - zostałem sprzedawcą w prywatnym sklepie mojego kolegi w przepięknym Sandomierzu.

   W 1983 roku podczas odwiedzin u mojej siostry w Krakowie dowiedziałem się, że była na wspaniałym koncercie Macieja Zembatego i miała okazję posłuchać Cohena po polsku. Na dowód pokazała mi dużych rozmiarów plakat, na którym Pan Zembaty napisał - "Marcie na rozdarcie", bowiem dowiedział się, że zamierza ona wyemigrować do ojczyzny Cohena. Także w 1983 roku Poljazz wydaje dwupłytowy album "Cohen" (ballady Leonarda Cohena śpiewa Maciej Zembaty). A ja nadal zbieram wszystko, co dotyczy Cohena. Postanowiłem moje zbiory przepisać na maszynie, uporządkować i oprawić. W ten sposób powstało liczące 155 stron "dzieło" w dwóch egzemplarzach. Drugi egzemplarz podarowałem mojej średniej siostrze, którą już wcześniej "zaraziłem" Cohenem.

   Na początku 1985 roku dowiaduję się z prasy i radia, że w marcu Leonard Cohen przyjedzie po raz pierwszy do Polski i da cztery koncerty: w Poznaniu, Wrocławiu, Zabrzu i Warszawie. Natychmiast skontaktowałem się ze znajomymi i znajomymi znajomych z tych miast i cierpliwie czekałem na bilety. Mija 19 marca (koncert w Poznaniu) a biletów nie ma. Odbył się już koncert we Wrocławiu, a ja nadal nie mam biletów, ani wiadomości od znajomych. 20 marca postanawiam - pojadę do Warszawy odpowiednio przygotowany finansowo i będę próbował kupić bilet od koników. Postanowiłem pojechać następnego dnia popołudniu - mimo choroby i gorączki. Właśnie szykowałem się do drogi, kiedy przyszedł listonosz i podał mi kopertę z pieczątką Ministerstwa Kultury i Sztuki i ... szok, w środku były bilety na koncert w Sali Kongresowej i list, w którym nieznany mi pracownik ministerstwa życzy mi "... niezapomnianych wrażeń artystycznych". Do dzisiaj nie wiem, komu mam za to podziękować.

   Na placu przed Salą Kongresową tłumy, kilka przejść i kilkakrotne sprawdzanie biletów. Nieopisane zamieszanie spowodowane przymusowym wycofywaniem się osób z fałszywymi biletami. Wreszcie wchodzę - wewnątrz spokój, przechadzają się po korytarzu znane mi wyłącznie z telewizji osoby: Wojciech Młynarski, Marian Friedmann, Dorota Stalińska, Elżbieta Dmoch (czy pamiętacie jeszcze zespół 2+1 ?), Daniel Passent i inni. W rogu Maciej Zembaty udziela wywiadu telewizji. W bufecie kolejka. Siadam na swoim miejscu i czekam. Brak wyobraźni organizatorów spowodował, że sala zapełniła się dopiero po blisko dwóch godzinach. Jest komplet, a nawet nadkomplet - widzę ludzi siedzących na schodach w przejściach między rzędami. Gaśnie światło, zapala się reflektor punktowy w świetle którego pojawia się Leonard Cohen w czarnym garniturze, z czarną gitarą.  Wita się z publicznością i mówi, że to opóźnienie nie będzie miało wpływu na czas trwania koncertu. Leonard Cohen zaczyna śpiewać i tak bardzo skupia uwagę na sobie, że nawet nie zorientowałem się, w którym momencie pojawił się dyskretny akompaniament towarzyszącego mu zespołu. Grali wspaniale - byli wprawdzie ważnym i wysmakowanym, ale jednak tłem i tak być powinno. Publiczności zaś wystarczyły dwa, trzy takty akompaniamentu, żeby zorientować się, która piosenka będzie w danej chwili wykonywana. Przy czwartej piosence - Dance Me To The End of Love - publiczność zaczęła miarowo klaskać - artysta poprosił, żeby tego nie robić. Kto zna treść piosenki wie, jak bardzo niestosowne jest takie "dyskotekowe" zachowanie. Do dzisiaj ten utwór (jako zresztą jedyny utwór Cohena) grywany jest przy okazji różnego rodzaju imprez "tańcujących" i obecnym tam osobom jakoś to nie przeszkadza. Mnie osobiście przestało to dziwić od momentu, kiedy byłem świadkiem próby zatańczenia utworu "Bema pamięci żałobny rapsod".

   Pierwsza część koncertu minęła błyskawicznie. W czasie przerwy spacerowałem po korytarzu i stwierdziłem, że są tylko dwie grupy odbiorców twórczości Cohena. Jedna, bardzo głośna, dzieląca się swoimi wrażeniami z koncertu i analizująca nieraz dość dokładnie to, czego byli świadkami i druga, do której ja należałem, w milczeniu kontemplująca pierwszą część koncertu i jak sądzę, pierwsze spotkanie z ulubionym artystą.

   Druga część koncertu była jeszcze lepsza. Czuło się, że publiczność nie tylko nie zawiodła się, ale dostała więcej niż oczekiwała i ... na koniec trwający ponad czterdzieści minut bis. Była już noc a przed Salą Kongresową stały jeszcze grupki osób głośno komentujących koncert i jakoś nikt się specjalnie nie spieszył.

  Swoimi wrażeniami z koncertu podzieliłem się z moją przyjaciółką Jolantą, która pod przymusem wyemigrował wraz z rodziną  do Kanady. Napisałem długi list do osoby, która już wcześniej należała do bardzo wąskiego grona osób, które wiedziały, kto to jest Cohen i znały przynajmniej te jego piosenki, które dotarły do polskich wielbicieli jego twórczości za pośrednictwem radia. Być może moje manifestowane w liście zauroczenie Cohenem spowodowało, że jesienią tuż przed moimi imieninami otrzymałem z Kanady przesyłkę zawierającą śpiewnik "Songs of Leonard Cohen" (nuty, teksty i dużo pięknych czarno - białych zdjęć).

Jednocześnie wytwórnia "Pronit",  wykorzystując zwiększone zainteresowanie Cohenem spowodowane jego przyjazdem do Polski, wydaje drugą płytę Macieja Zembatego z balladami Cohena zatytułowaną: "Alleluja" - znacznie lepiej nagraną i wydaną niż ta pierwsza.

   W 1986 roku Maciej Zembaty przyjechał do Sandomierza i tak w piwnicach zabytkowego ratusza mogłem po raz pierwszy na żywo posłuchać ballad Cohena w polskiej wersji językowej. Po koncercie podszedłem poprosić o autograf i podsunąłem artyście do podpisania "moje dzieło". bardzo szybko zorientował się, że ma do czynienia z takim samym fanatykiem twórczości Cohena, jak on sam.

Następnego dnia doszło do spotkania w cztery oczy, które trwało ponad dwie godziny. Efekt tego spotkania to wiele interesujących informacji o naszym ulubionym artyście, bruderszaft, wymiana adresów i telefonów. Jaka szkoda, że nie było okazji do następnego spotkania przez ostatnie 21 lat.

   Traf chciał, że poznałem osobę, która w przeciwieństwie do mnie, dysponowała własnym paszportem i często wyjeżdżała do Berlina (wtedy zachodniego). Ta znajomość zaowocowała zdobyciem kolejnych płyt  i tak powoli zgromadziłem komplet płyt winylowych mojego ulubionego artysty.

   Wreszcie nadeszły lata dziewięćdziesiąte. Polski handel zaczął normalnieć i w sklepach zaczęły pojawiać się coraz ciekawsze, ale niestety do dzisiaj drogie, płyty kompaktowe, w tym także płyty Leonarda Cohena. W 1990 roku Wydawnictwo Pomorze z Bydgoszczy wydaje "Słynny niebieski prochowiec" zbiór piosenek i wierszy  Leonarda Cohena w tłumaczeniu Maciejów Karpińskiego i Zembatego. Jednak dopiero w 1994 roku mogliśmy poznać Cohena - prozaika. Spółdzielnia Wydawnicza Anagram wydaje polską wersję jednej z dwóch jego powieści: "Ulubioną grę" w przekładzie niestrudzonego Macieja Zembatego. Rok później Wydawnictwo Da Capo wydaje "Pięknych przegranych" w tłumaczeniu Anny Kołyszko. Rok 1995 był także wyjątkowy dla wielbicieli Cohena na całym świecie - Fin Jarkko Arjatsalo uruchomia stronę internetową: www.leonardcohenfiles.com. Obecnie strona ta słusznie uchodzi za najlepszą i najciekawszą. Docenił to także sam Mistrz, który podaje adres strony na okładkach swoich płyt i dostarcza autorowi unikalne materiały.

   W 1997 roku wyjechałem służbowo do Holandii i tu udało mi się kupić wydaną dziesięć lat wcześniej płytę Jennifer Warnes "Famous Blue Raincoat. The Songs of Leonard Cohen" . Pojawiło się wielu wykonawców piosenek Leonarda Cohena sądzę jednak, że nikt nie dorównał Jennifer. Nadal twierdzę, że jest to jedna z najlepiej nagranych i zaaranżowanych płyt, a do tego jeszcze wspaniały duet Jennifer i Leonarda w piosence "Joan of Arc".

   W 1999 roku polscy czytelnicy otrzymują tom wierszy i piosenek "Muzyka nieznajomego" w tłumaczeniu Macieja Karpińskiego i Macieja Zembatego. W sklepach są już do kupienia wszystkie płyty Cohena, a w internecie możemy znaleźć masę informacji o kanadyjskim poecie. Postanowiłem uruchomić stronę internetową poświęconą życiu i twórczości Leonarda Cohena. Mimo, że od 1975 roku zbierałem różnego rodzaju materiały, które można było wykorzystać, nie było to łatwe. Jak zaprojektować stronę, która nie byłaby "kalką" tego, co robi Jarkko Arjatsalo i inni internauci ?. Efekty swojej pracy mogłem zaprezentować dopiero w grudniu 2002 roku i ... ciągle nie jestem w pełni zadowolony. Mimo olbrzymiej popularności Cohena w Polsce obecnie istnieją tylko trzy polskie strony w całości poświęcone Cohenowi.

   Pod koniec 2006 roku trafia na nasz rynek wydawniczy "Księga tęsknoty" w tłumaczeniu Daniela Wyszogrodzkiego, a na początku 2007 roku, konkretnie 31 marca, Leonard Cohen po raz drugi przyjeżdża do Polski. Powodem jest promocja płyty jego partnerki życiowej Anjani Thomas. Dzięki Jarkko Arjatsalowi mogłem być jednym z niewielu uczestników tego koncertu w Studiu im. Agnieszki Osieckiej w Warszawie. Ponadto mogłem wreszcie poznać osobiście Jarkko  oraz ... webmasterów polskich stron cohenowych. Leonard zaśpiewał z Anjani tylko dwie piosenki ... ale jak. Po 22 latach zobaczyłem Leonarda Cohena po raz drugi i pomyślałem ... chciałbym tak pięknie się starzeć.