Recenzja "Popular Problems"
Daniel Wyszogrodzki

   Sędziwy bard żegna się ze światem już od pewnego czasu – co najmniej od albumu „Dear Heather” (2004). Wtedy jednak nikt nie mógł przewidzieć, że Leonard Cohen, nie tylko nagra kolejne nowe piosenki, ale wyruszy na entuzjastycznie przyjmowane światowe tournée. Dwa lata temu ukazała się płyta „Old Ideas”, a obecna premiera jest pod wieloma względami kontynuacją stworzonej wówczas formuły. Za brzmienie płyty ponownie odpowiada producent Patrick Leonard, a jego rola sprowadza się do „oplatania” muzyką basowej melorecytacji poety. Eklektyczne, głównie elektroniczne brzmienia, noszą w sobie echa wielu gatunków, od country („Did I Ever Love You”), po R&B („Slow”), a nawet muzykę świata („Nevermind”). Ale to tylko echa, najważniejsze są w tej muzyce niuanse: fortepian w „Almost Like the Blues”, sekcja dęta w „My Oh My”, skrzypce w „You Got Me Singing”. Leonard Cohen od najwcześniejszych nagrań potrafił tworzyć niepowtarzalne brzmienia, a nawet, gdy radykalnie zmieniał formułę (choćby z akustycznej na elektroniczną) zawsze pozostawał sobą. Obecnie kluczem do muzyki kanadyjskiego poety jest to samo, co charakteryzuje jego teksty: subtelność każdego dźwięku i słowa, ale też ogromna odpowiedzialność za nie. To dlatego jedne i drugie mają tak niezwykłe znaczenie. Bo mają. Kiedy Cohen śpiewa, że dostał zaproszenie, „którego grzesznik nie może odrzucić, bo jest prawie jak zbawienie”, rozumiemy, że życie starego mędrca o zasadnie apokaliptycznej wizji świata jest „prawie jak blues” („Almost Like The Blues”). Jak zawsze u Cohena ozdobą wyrafinowanych aranżacji są żeńskie chórki, które wykonują Charlean Carmon i – jak poprzednio – Dana Glover. Do żelaznego cohenowskiego kanonu wejdzie na pewno utwór „Born In Chains”, znany już wcześniej z koncertów (także w Polsce). Ciekawostką jest piosenka „Nevermind” – sequel do niezapomnianego „Partyzanta”, który po udanej ucieczce żyje w przebraniu pomiędzy nami. Album otwiera utwór „Slow” („zawsze lubiłem robić wszystko powoli”), niejako motto do płyty, ale także do nieśpiesznego, przepełnionego refleksją życia. Zamyka go piosenka „You Got Me Singing”: „sprawiłaś, że śpiewam, choć kończy się świat”. Nastrój płyty nie jest jednoznacznie depresyjny, nawet, jeżeli uzasadniałyby to słowa nowych utworów. I pozostawia nadzieję, że jeszcze usłyszymy kolejne… Zabawne to wszystko nie jest, więc na koniec proponuję… zabawę. Tytuły ostatnich dwóch albumów Cohena („stare pomysły” i „popularne problemy”) zdają się układać w pewien logiczny cykl. Jak w takim razie nazwać trzecią część ewentualnego tryptyku? Moja propozycja to „nagie prawdy”. Albo „ostatnie słowa”.