Leonard Cohen wraca na wyżyny po

 Leonard Cohen wraca na wyżyny
popularności

Lucjan Strzyga


fot. Cezary Chrzanowski

 

   Do salonów muzycznych trafił właśnie nowy album Leonarda Cohena "Songs From The Road", zebrany tuzin jego najpopularniejszych piosenek w wersji koncertowej. Artysta zarejestrował je w ciągu ostatnich dwóch lat podczas występów w najbardziej znanych salach koncertowych, na stadionach i festiwalach, od Tel Awiwu aż po Londyn. Wzbogacona wersja krążka zawiera ponadto krótkie wywiady zza sceny, które z członkami Cohenowskiej trupy przeprowadziła córka muzyka Lorca Cohen.

  Fani sentymentalnego barda są zapewne w siódmym niebie, sceptykom trudno zaś nie odnieść wrażenia, że koncertowy album przypomina po trosze skok na kasę i żyłowanie sentymentu wielbicieli. Uprzedzając to drugie, współpracownicy muzyka natychmiast dorobili do płyty stosowną filozofię. Czasami zadziwiającą. Na przykład o utworze "Chelsea Hotel" (nagrano go w londyńskim Royal Albert Hall 17 listopada 2008 r.) Ed Sanders, główny montażowiec i producent Cohena, tak oto opowiadał dziennikarzom: "To genialne wykonanie. Leonard jak w transie ćwiczył w garderobie na długo przed wyjściem na scenę i muszę przyznać, że przekonuje mnie jego tłumaczenie, że czuł obecność »Kogoś« podczas występu". Kim był ów "Ktoś", trudno dociec, Cohen zachował publiczną dyskrecję, ale - mając na uwadze wyjątkowe uduchowienie artysty - musiał to być ktoś znaczny. I jeśli dobrze wsłuchać się w 12 hitów z "Songs From The Road", ma się wrażenie, że muzyk z tego powodu nie odbębnił jedynie zadanej koncertowej lekcji, ale solidnie się przyłożył do ostatecznego efektu. "Suzanne", choć zbanalizowana setkami wykonań, brzmi naprawdę świeżo, podobnie jak "The Partisan", no i oczywiście "Hallelujah", które przy mistycznych rewelacjach Sandersa nabiera zupełnie innego wymiaru. Miał w życiu czas upadków, głośnych romansów, duchowych odrodzeń i finansowych plajt. Teraz objawia się jako muzyczny patriarcha Pozostańmy jeszcze na chwilę w tej quasi - religijnej atmosferze. Gdy w 2008 r. Cohen wstąpił w prestiżowe progi Rock and Roll Hall of Fame i z tego powodu powiadomił fanów o swojej pierwszej od 15 lat trasie koncertowej, irlandzki "The Independent" dał nagłówek "Wraca Mesjasz gitary". A gdy zaczęły się pierwsze koncerty (niektóre piosenki z nich znalazły się na nowej płycie), na łamach gazety można było przeczytać: "Gdy legendarny Cohen wchodzi na scenę, można jego występ uznać za kulturowe przeżycie w wymiarze biblijnym". Trzeba zatem przyznać, że zaliczenie za życia do grona patriarchów (choćby tylko muzycznych) to wyczyn, który nie każdemu się udał w tak spektakularny sposób. Co tu zresztą dużo gadać: znacznie przyjemniej jest wierzyć, że muzyk wykorzystał swój gitarowy kunszt i lekko schrypnięty baryton w celach - nazwijmy to misyjnych - niż po to tylko, aby szybko podreperować swój nadszarpnięty budżet. Gdy pięć lat temu zdumiony świat dowiedział się, że miliony z jego konta wyparowały, a jemu samemu zostało marne 150 tys. dol. na nędzną wegetację, pesymiści wieszczyli rychły krach muzycznej manufaktury pod szyldem: Leonard Cohen. A tu proszę, artysta nie tylko szybko wziął się w karby, ale - jak widać - coraz częściej lewituje w stronę uduchowionej wirtuozerii. Nim jednak szczegółowiej zajmiemy się finansowa aferą z 2005 r., warto przypomnieć Cohenowskie początki. Tym bardziej że sławny Kanadyjczyk nie wypadł ot tak sroce spod ogona. Na początku był uniwersytet McGill, na który młody Leo Cohen, potomek solidnej żydowskiej rodziny z Montrealu, zapisał się, by zostać znanym poetą. Z połowicznym sukcesem. Choć annały mówią, że w czasie kilku lat studiów zdobył prestiżową McNaughton Prize za osiągnięcia literackie, prócz rodziny nikt nie wróżył mu Nobla. Już jako bakałarz wydał kilka tomików poetyckich i powieści (m.in. "The Favorite Game" z 1963 r.), na globalną sławę nie miały co liczyć. Zresztą sam się do tego po latach przyznał, mówiąc, że chwycił za gitarę, żeby nie umrzeć z głodu. Biografowie podchodzą jednak do tych rewelacji z dystansem, dowodząc, że Cohen był po prostu zbyt dumny, by porosić o pieniądze dość zamożnego ojca. Jakkolwiek jednak układałyby się stosunki rodzinne, Cohen poeta w wersji z instrumentem okazał się strzałem w dziesiątkę. Szczególnie że w świat muzyki wkroczył u boku Judy Collins, znanej piosenkarki folk, od której dostał swój pierwszy hit - "Suzanne" (było odwrotnie - przyp. AP). Judy okazała się nad wyraz opiekuńczą muzą, do tego stopnia, że gdy w 1967 r. Leonard dał swój pierwszy występ w Town Hall w Nowym Jorku (charytatywnie, na koncercie w proteście przeciw rozprzestrzenianiu broni jądrowej), natychmiast uznano za rokującą gwiazdę. Pierwszy album tylko potwierdził tę opinię. Wizerunek muzyka z tamtego czasu niezbyt odbiega od dzisiejszego. Przez ponad cztery dekady sprawdziła się jego pobrużdżona twarz faceta po przejściach, chwytający za serce niski głos, melancholijna gitara i tematyka dająca niewyczerpane możliwości eksploatacji ulubionych wątków: religii, miłości i polityki (oczywiście w wersji lewicowej, co zjednało Cohenowi środowisko sentymentalnych kontestatorów na uniwersytetach). A gdy w 1977 r. ukazał się jego album "Death of a Ladies' Man" wyprodukowany przez Phila Spectora (wzmocniona sekcja basów, klawiszy, a nawet smyczków), muzyk mógł uznać siebie za prawdziwego idola rozpoznawalnego przez miliony na całym świecie. I jak na idola przystało, pokazywał nieraz twarz daleką od sennej wersji prezentowanej na płytach. Na wyliczanie jego ekscentrycznych wyskoków zabrakłoby tu miejsca, podobnie jak burd po zażyciu prochów i romansów, które uciął sobie z najpiękniejszymi diwami show - biznesu. Pod koniec lat 80. wyraźnie osłabł w artystycznym wyścigu. Wycofał się z tras koncertowych, rzadko odwiedzał studia nagraniowe. W 1994 r. zaskoczył fanów wiadomością, że został praktykującym buddystą, w związku z czym wyjeżdża do Centrum Zen na Mount Baldy w okolicach Los Angeles, aby pogłębiać swe duchowe ścieżki. Jeśli wierzyć jego słowom, przez blisko pięć lat wytrwale służył swojemu mistrzowi, wstawał o godz. 2.30 i szykował mu śniadanie, a prócz tego medytował. Dziś twierdzi w wywiadach, że stał się wówczas innym człowiekiem, choć nie na tyle, by rzucić show - biznes i do końca życia osiąść w pustelni. W 2001 r. wrócił krążkiem "Ten New Songs" (status platynowego w Polsce), a kilka lat później świat usłyszał "Dear Heather" (2004), owoc erotyczno - muzycznej kooperacji z Anjani Thomas. I może to właśnie nieskromne igraszki z piękną Anjani doprowadziły do białej gorączki jego menedżerkę Kelley Lynch (wcześniej była oczywiście jego wieloletnią kochanką), która zabrała mu z konta emerytalnego ponad pięć milionów dolarów. Zazdrosna kobieta zdolna jest do wszystkiego i nasz bohater musi się chyba pogodzić z tym, że pieniądze utracił raczej bezpowrotnie. Na nic awantury, rozprawy sądowe i monity. Brak pieniędzy na luksusową egzystencję skłonił też Cohena do ponownego wyruszenia na artystyczne szlaki. Te zaś niejednokrotnie wiodą też przez Polskę. Istnym fenomenem jest fakt, że Cohen cieszy się nad Wisłą sławą większą niż w rodzinnej Kanadzie. Podobnie zresztą jak bardziej kochamy Paulo Coelho niż jego rodacy w Brazylii i Jeana - Michela Jarre'a, o którym zapomniano już nad Sekwaną, a u nas uświetnia kolejne rocznice Solidarności. Pierwszy raz do Polski Cohen wpadł w 1985 r., zgrał dla oniemiałych tłumów w salach koncertowych, a nawet uścisnął rękę Lecha Wałęsy (LC nie spotkał się wtedy z Wałęsą - przyp. AP). I jak dotąd nic nie wskazuje na to, że jego sława na polskiej ziemi mogłaby przeminąć. Każda nowa płyta to hit, każdy koncert to sukces. Podobnie będzie pewnie z "Songs From The Road", bo wszak jesteśmy sentymentalni i lubimy słuchać tego, co już dobrze znamy. Spora w tym zasługa Macieja Zębatego, który przed laty tłumaczył teksty, wygrywał z zapamiętaniem Cohenowskie covery. Do mody na Cohena przyczynił się też Bogusław Linda, który w filmie "Sara" próbował zaśpiewać słynny hit "I'm Your Man" (co ciekawe, nie zaszkodziło to renomie Cohena w najmniejszym nawet stopniu). Nie dziwmy się więc, że to do Polski przybywa artysta w poszukiwaniu niegdysiejszej pozycji. W ostatnią niedzielę porwał tłumy w katowickim Spodku, a już w najbliższą błyśnie na warszawskim Torwarze. Znów nad widownią zwiśnie melancholia, rozbłysną ogniki zapalniczek przy "Suzanne" i niemilknące oklaski po "Dance Me to the End of Love".