Na odejście Leonarda Cohena
Michał Kuźmiński

   „Leonard wrócił do domu” – napisano na jego oficjalnej, staroświeckiej jak on sam, stronie internetowej, gdy zmarły 7 listopada w wieku 82 lat Leonard Cohen został pochowany w rodzinnym Montrealu.
   Jak poinformował jego syn Adam – spoczął obok swoich rodziców, w prostej sosnowej trumnie, w obecności najbliższej rodziny i kilkorga przyjaciół, tak jak sobie tego zażyczył. Zajęty wyborami w USA świat miał się o jego śmierci dowiedzieć trzy dni później. Skromna, szczupła postać w garniturze zniknęła ze sceny mimochodem. 

                       

   Choć u początków kariery chciał być poetą, a nie piosenkarzem, i na scenę też trafił jakby mimochodem, spędził na niej pełne sprzeczności i paradoksów pół wieku. Żydowski buddysta czerpiący z chrześcijaństwa. Mistyk i bawidamek. Hipnotyzujący głos i koszmarne solówki grane jednym palcem na keyboardzie. Uważany za króla nudziarzy i wirtuoza depresji, kontrkulturowy smakosz używek i seryjny kochanek. Enigmatyczny profeta o statusie gwiazdy pop. Przy całej muzyczności swojej twórczości – twórca słów. Adept zen z papierosem i kieliszkiem brandy. W jego nazwisku, nazwisku kapłańskiego rodu Izraela, pobrzmiewa buddyjskie koan. 

   W Polsce niemal zmuszony do przyjęcia roli barda demokratycznej opozycji, był tym ogromnie zakłopotany i wymigiwał się, jak mógł, przypominając, że jego pieśni nie mają flagi, że mają być uniwersalne. Stawały się takie, owszem, również w sensie obocznym: jak „Dance Me to The End of Love”, która sprowadzona została do roli weselnego szlagieru, choć inspiracją do jej powstania było zdjęcie orkiestry obozowej z Auschwitz, grającej przy selekcji na rampie. A może to właśnie zgodne z logiką cohenowskiego koanu. Bycie bardem opozycji utrudniało jeszcze jedno – średnio do wyrażania przeżyć zbiorowych nadają się pieśni celujące tak bardzo w pojedynczego człowieka, w środek, w istotę jego doświadczenia. Ktoś zauważył, że na koncertach Cohena, wśród tysięcy fanów, słuchało się go samotnie. Bo najważniejsze być może cohenowskie słowo klucz, które niemal obsesyjnie wraca w jego utworach, brzmi broken (dosł. „złamany”). Sygnalizuje ono rozłamanie, rozdarcie, chwiejność, niedosiężność, która u Cohena zdaje się być ową istotą ludzkiego doświadczenia. Z głębokości tego rozłamania zwraca się człowiek do Boga i w „If It Be Your Will”, i w tytułowym utworze z najnowszej, wydanej tuż przed śmiercią płyty „You Want It Darker”. Broken jest w „Suzanne” Jezus, z samej tej przyczyny, że jest „(prawie) człowiekiem”. Broken jest wreszcie Hallelujah w jednej z najsłynniejszych jego pieśni. Rozłamane Hallelujah ma według Cohena taką wartość jak Hallelujah święte i doskonałe. Bo jest ludzkie. Cohen układał „Hallelujah” właściwie całe życie. Pieśń ta liczy krocie wersji, apokryficznych zwrotek, wariantów. I wyśpiewywało ją krocie wykonawców, jakby kolejne pokolenia odnajdywały się w snutym przez całe życie przez Leonarda Cohena przesłaniu. Że – jak napisał w „Anthem” – rozłamanie jest warunkiem, by do środka dostało się światło („There is a crack, a crack in everything / That’s how the light gets in”). Światło, które – słyszymy w „Hallelujah” – jest w słowach.